I believe the Magic strategy for Boston series is so far - terrible...
You see Boston in the postseason - tough outside shooters + Pierce / Perkins + Baby sans any help in the middle... What does Orlando do? They put up more in-your-face 3's than for the better part of the season... They even stopped running plays to get the shooters open... WHY?!?!?!?
Why not help Howard punish the Magic inside with another post presence by his side? I know, it sounds funny, but Turk after the injury is a shadow of his former self...
Why not let him come in of the bench and put Gortat in the strating lineup - or at least give him more playing time alongside Howard...
He will definitely ease his def duties - he is a solid post defender and a very good helpside blocker, and give him some twin-tower help on offense. What happens when Baby or Perkins get into foul trouble? Howard can wreck havock inside and thus - create more space for OPEN 3's.
The Polish Hammer proved he can rebound and score from time to time when Howard was out against Phila - in this series he is averaging just about 7 minutes (pretty effective if you ask me...) and cannot really help his team in such limited time...
Your take?
czwartek, 7 maja 2009
piątek, 20 marca 2009
Mystery Book...
"Z ociąganiem wstał nie szukając wzrokiem absolutnie nikogo, żeby nie sprowokować nikomu niepotrzebnej rozmowy i wyłowił z tacy lodowate Mojito. Niestety wracając na fotel otarł się o zapamiętale wijącego się na parkiecie „gościa”. Nazywał się chyba Adrian. Został mu przedstawiony wieki temu jako „projektant nowoczesnych wnętrz”. Teraz wyginał się na wszystkie strony niesiony nieubłaganym rytmem obrzydliwej przeróbki Niny Simone, wymieszanej z testosteronem i spojrzeniami pogujących wokoło, delikatnie już podśmiardywujących niewiast. Ramzesowi wydawało się że Adrian jest robakiem. Nie w przenośni. Dosłownie. Patrząc na niego, przez dłuższą chwilę nie mógł pozbyć się obrazu wyłażącego z jabłka, białego, ślepego robala. Poprawił ostrość, podkręcił zbliżenie i zobaczył czarne plamki na jego odwłoku. Włoski wokół otworu gębowego stały dęba. Na odnóżach zobaczył czarne, pobłyskujące lakierki z przedłużanymi czubkami. Skadrował troszeczkę szerzej i w drugim kącie pokoju zobaczył zdychającą muchę. Leżała na skrzydełkach z tempo wywróconymi, czerwonymi oczami. Bezsilnie, ale zapamiętale przebierała nóżkami, bez większego sensu i bez żadnego skutku. Nazywała się chyba Dorota i została mu przedstawiona jako właścicielka „topowego showroomu”. Obrzydliwie pretensjonalne okulary słoneczne w grubych, lakierowanych oprawkach przydawały jej brzydocie szczypty egzotyki. Może mucha afrykańska? Nóżki pracowały coraz wolniej co musiało być nierozerwalnie związane z cichnącymi, ostatnimi taktami piosenki. Skonała. Wstał i ostrożnie przepychając się przez pełzające plugastwo wyszedł na balkon."
Ciąg dalszy nastąpi... ???
Ciąg dalszy nastąpi... ???
poniedziałek, 20 października 2008
Most "Wanted"
Świeżo po seansie „Wanted” naszły mnie czarne myśli. Jeżeli z materiału tak przeciętnego, pretensjonalnego i prostego jak konstrukcja cepa, jak szczeniackie komiksy Marka Millara, można zrobić całkiem sprawny stylistycznie film, okraszony rewelacyjnymi efektami specjalnymi i bezpretensjonalnymi dialogami, to jaka jest szansa, że dobre, oryginalne scenariusze wypłyną na powierzchnię morza szamba zalewającego każdego lata nasze kina.
Wątpliwym pocieszeniem jest fakt, że film jest daleko, daleko w stronę bezpiecznego centrum, w relacji do komiksowego pierwowzoru. No bo po co adaptować scenariusz rezygnując z lwiej części wzorcowego materiału? Albo jedziemy po bandzie, albo robimy wyścigi dorożek. Jeżeli główny bohater „Wanted” to w zamyśle Millara upojony bezkarnością, przemocą i absolutnym brakiem moralnych hamulców nihilista, po co zamieniać go w nieco niegrzecznego, ale jednak szlachetnego młodzieńca? Po co galerię politycznie niepoprawnych antybohaterów (na czoło wysuwa się obdarzony jednocześnie siłą supermana i syndromem downa jełop) zamieniać na bełkocących coś o wrzecionie przeznaczenia mistyków-asasynów?
Czemu marudzę jeżeli film całkiem mi się podobał? Otóż dlatego, że irytuje mnie bezkrytyczne korzystanie przez Hollywoodzkich scenarzystów z, doprawdy, lichej jakości fundamentów do budowy scenariusza. Czy adaptacją można nazwać film, który poza zarysowaniem głównego wątku i kilkoma drobniutkimi zapożyczeniami, ma swój komiksowy pierwowzór w czterech literach? Bynajmniej nie wynika to z rozbieżności między językiem kina i komiksu. To, jak bardzo można zbliżyć się do papierowego pierwowzoru, jednocześnie tworząc kawałek świetnego kina, udowodnili Miller i Rodriguez w "Sin City".
W "Wanted" problem polega na tym, że komiks jest dziełem bardzo słabym. Próżno szukać w nim monologów Hartigana, czy choćby namiastki ładunku emocjonalnego, jaki niesie ze sobą każdy kadr z Marvem na pierwszym planie. "Wanted" był dla Millara początkiem kariery. Bulwersując, przetarł sobie drogę do artystycznego rozwoju. Przy ekranizacji, Bekmambetov nie mógł przystać na bylejakość - w końcu to reżyser już doświadczony i ukształtowany. Nawet w mega-hollywodzkim"Wanted" łatwo poczuć jego skłonność do mieszania baletowego niemal tańca z walką i efektów specjalnych z efektami malarskimi.
Po wyjściu z kina uczucie niedosytu szybko ustąpiło miejsca nadziei... Jeżeli jakiś rozochocony nastolatek (lub wczuwający się w jego potrzeby kalifornijski spec od promocji) zabrał się za tak słaby i równocześnie "wywrotowy" materiał, być może ekranizacji doczekają się inne, o wiele lepsze (i daleko bardziej obrazoburcze) komiksy. Rozmarzyłem się... a Jesse Custer obejrzał się przez ramię i rzucił głosem James'a Purefoy'a --- "Nie pierdol, Wszechmogący...".
Wątpliwym pocieszeniem jest fakt, że film jest daleko, daleko w stronę bezpiecznego centrum, w relacji do komiksowego pierwowzoru. No bo po co adaptować scenariusz rezygnując z lwiej części wzorcowego materiału? Albo jedziemy po bandzie, albo robimy wyścigi dorożek. Jeżeli główny bohater „Wanted” to w zamyśle Millara upojony bezkarnością, przemocą i absolutnym brakiem moralnych hamulców nihilista, po co zamieniać go w nieco niegrzecznego, ale jednak szlachetnego młodzieńca? Po co galerię politycznie niepoprawnych antybohaterów (na czoło wysuwa się obdarzony jednocześnie siłą supermana i syndromem downa jełop) zamieniać na bełkocących coś o wrzecionie przeznaczenia mistyków-asasynów?
Czemu marudzę jeżeli film całkiem mi się podobał? Otóż dlatego, że irytuje mnie bezkrytyczne korzystanie przez Hollywoodzkich scenarzystów z, doprawdy, lichej jakości fundamentów do budowy scenariusza. Czy adaptacją można nazwać film, który poza zarysowaniem głównego wątku i kilkoma drobniutkimi zapożyczeniami, ma swój komiksowy pierwowzór w czterech literach? Bynajmniej nie wynika to z rozbieżności między językiem kina i komiksu. To, jak bardzo można zbliżyć się do papierowego pierwowzoru, jednocześnie tworząc kawałek świetnego kina, udowodnili Miller i Rodriguez w "Sin City".
W "Wanted" problem polega na tym, że komiks jest dziełem bardzo słabym. Próżno szukać w nim monologów Hartigana, czy choćby namiastki ładunku emocjonalnego, jaki niesie ze sobą każdy kadr z Marvem na pierwszym planie. "Wanted" był dla Millara początkiem kariery. Bulwersując, przetarł sobie drogę do artystycznego rozwoju. Przy ekranizacji, Bekmambetov nie mógł przystać na bylejakość - w końcu to reżyser już doświadczony i ukształtowany. Nawet w mega-hollywodzkim"Wanted" łatwo poczuć jego skłonność do mieszania baletowego niemal tańca z walką i efektów specjalnych z efektami malarskimi.
Po wyjściu z kina uczucie niedosytu szybko ustąpiło miejsca nadziei... Jeżeli jakiś rozochocony nastolatek (lub wczuwający się w jego potrzeby kalifornijski spec od promocji) zabrał się za tak słaby i równocześnie "wywrotowy" materiał, być może ekranizacji doczekają się inne, o wiele lepsze (i daleko bardziej obrazoburcze) komiksy. Rozmarzyłem się... a Jesse Custer obejrzał się przez ramię i rzucił głosem James'a Purefoy'a --- "Nie pierdol, Wszechmogący...".
czwartek, 3 lipca 2008
Mic check one-two?
Ummmm...
So it works, well...
Let me introduce myself:
I am a movie freak, that sadly, proffessionaly has nothing to do with movies.
I watch and then criticize. I worship or banish.
I feel like I am God when I have watched a good movie (which sadly, is way too
seldom).
I feel this wonderful sparkling sensation in my head and in the tips of my fingers when
I am writing a review.
I generally detest people, but feel free to write something and then, maybe, I will change my mind.
(But honestly, don't bother if you don't feel like it)
The (Very) Silent Assassin
Ummmm...
So it works, well...
Let me introduce myself:
I am a movie freak, that sadly, proffessionaly has nothing to do with movies.
I watch and then criticize. I worship or banish.
I feel like I am God when I have watched a good movie (which sadly, is way too
seldom).
I feel this wonderful sparkling sensation in my head and in the tips of my fingers when
I am writing a review.
I generally detest people, but feel free to write something and then, maybe, I will change my mind.
(But honestly, don't bother if you don't feel like it)
The (Very) Silent Assassin
Subskrybuj:
Posty (Atom)
